Czasem sam nie wiem jak dochodzi do niektórych sytuacji, ale jak to mawia młodzież: yolo!
Kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie Wojtek z pytaniem, czy pomogę mu ogarnąć sieć, bo kupił nowe wifki i chce to mieć dobrze skonfigurowane. Kiedy tak sobie siedzieliśmy w jednym z pokoi i zaciskałem kable ethernetowe Wojtek powiedział:
– wiesz, że Clapton robi kolejne Crossroads?
– gdzie?
– w Teksasie, jedziemy?
– szłoby.
Wojtek otwarł laptopa i kupił bilety zanim myśl o wyjeździe zdążyła otrzeć się o logiczne zwoje mojego mózgu. No i tak to polecieliśmy we trójkę (z Alą) na weekend do Austin. Od wyjścia z samolotu do wejścia na pokład powrotnego minęło niecałe 74h. Plus prawie doba w samolotach.
Wszystkie zdjęcia z pięcioletniego telefonu.
Panorama Austin i zaskakująco czysta rzeka KoloradoSRV pozdrawia
W Teksasie jest najlepsze BBQ jakie kiedykolwiek jadłem. Co prawda dwa lata temu w Page, AZ też jadłem wyśmienite, ale knajpa nazywała się Big John's Texas BBQ, więc ten...
Za to ta miejscówka miała dużo lepszy klimat niż ta w Arizonie - Terry Blacks's Barbecue. No mięso rewelacja.
Indyk, żebra i najlepsze - brisket
Wieczorem poszliśmy oglądać wylot nietoperzy, których kolonia licząca 1.5mln osobników żyje w lecie pod mostem Congress Avenue Bridge.
Na chwilę przed zachodem słońcaWiem, że nie wygląda, ale to nietoperze :D Telefon nie dał radyNocne życie kwitnie
To by było na tyle z pierwszego dnia, a w zasadzie z tych 5 godzin jakie mieliśmy. Przeczołgani lotem i ponad dobą na nogach poszliśmy do hotelu.
Latawcowa pogoda
W niedzielę, przed zmianą pogody całkiem nieźle wiało. Latawce lubią wiatr.
Widok z Marty Waleski na Elektro, kościół w Średnich i Hołdę Skalny
Samoloty
Huk wojskowego odrzutowca zawsze robi na mnie wrażenie. To taki hałas, który nie tylko słychać, ale i czuć w całym ciele. Jest moc. W tym roku też pojechaliśmy na Dni NATO przeżyć to znowu. Największą wadą imprezy jest dojazd. Jak w każdym mieście lotnisko znajduje się poza miastem, drogi są wąskie na na imprezę zjeżdża ponad 100 tyś. ludzi. samochody parkują gdzie się da a lokalni rolnicy udostępniają swoje pola do parkowania za jedyne 300 koron lub (w zależności od miejsca 50-60zł).
Jako, że pisanie przychodzi mi gorzej niż zdjęcia a na pewno dużo wolniej, to nie będę się dziś silił na jakieś szczególne opisy.
turecki f16
Jestem też takim fotografem, który nie ma żadnego długiego szkła, więc szczegółów samolotów nie zobaczycie.
turecki f16
Świetną niespodzianką był też przylot Antonova 124, który nie był częścią Dni NATO ale zbiegiem okoliczności lądował akurat w Ostrawie.
Antonov 124
Ja najbardziej chciałem zobaczyć B-1B.
Rockwell B-1B
A po wszystkim pojechaliśmy do sklepu po czeskie specjały.
Wędkowanie jest nudne.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce było już widno, nad stawem unosiła się para, ale słońce było jeszcze na tyle nisko, że nie przebijało się przez konary drzew. Wysiedliśmy z samochodu, powitał nas zapach lasu pomieszanego z dymem tytoniowym, było całkiem gwarno. Co chwila podjeżdżały kolejne samochody i parkowały, gdzie się tylko dało. Wszyscy się ze mną witali, chociaż prócz taty i jego kolegi nie znałem nikogo. Sporadycznie było słychać dźwięk otwieranych puszek z piwem. Była 6:30 rano, do rozpoczęcia losowania zostało 30 minut.
O siódmej przy stoliku kłębiło się kilkadziesiąt osób, każdy był ciekaw, które stanowisko mu dziś przypadło. Nikt nie narzekał. Po zakończeniu losowania pozbieraliśmy nasze graty i poszliśmy na nasze miejsce, ktoś rzucił, że trafiło nam się "niezłe". Do rozpoczęcia zawodów pozostawała godzina ze sporym okładem, czasu było mnóstwo. Współzawodnicy przemieszczali się między stanowiskami, zagadywali, podglądali, pytali na co łowimy. Bo chociaż zawody były "z gruntu" to samych sposobów na przechytrzenie ryby jest kilka: koszyczek, sprężyna, tajemniczo brzmiąca "metoda" i pewnie coś tam jeszcze. Do tej pory zdarzało mi się wędkować wyłącznie rekreacyjnie, zwykle na spławik, czasem z gruntu, kilka razy na spinning, który najbardziej mi pasuje, bo trzeba być ciągle w ruchu, ale tutaj wszystko było jakby o trzy poziomy wyżej.
Łowi się na jedną wędkę, ale każdy miał przygotowane przynajmniej trzy. Jedna właściwa, druga bez haczyka -- do nęcenia i trzecia w odwodzie, jakby pierwsza miała awarię. Trzeba też było wybrać sobie miejsce, w które będziemy rzucać. Okazało się, że na to też jest sposób. Pierwszy rzut jest na czuja. Jeżeli zestaw wyląduje tam, gdzie chcieliśmy to zahaczamy żyłkę o stoper na kabłąku kołowrotka, dzięki czemu każdy rzut będzie na tę samą odległość. Pozostaje jeszcze obranie punktu na drugim brzegu, w który będziemy celować. Tę czynność należy powtórzyć dla każdej wędki.
Ciszę przerwał głośny dźwięk syreny, było za pięć dziewiąta. Podniósł się gwar, wędkarze po raz ostatni sprawdzali swoje zestawy, wkładali zanętę do koszyczków, przekładali wędki i podbieraki tak, żeby były pod ręką. Punkt dziewiąta zaczęło się na dobre, słychać było plusk za pluskiem, jakby ktoś wrzucał do wody kamienie wielkości papierówki. Zaraz potem, jak na komendę, zapanowała cisza. Co miało być w wodzie już było, wszystko inne czekało na to, aż będzie potrzebne. Reszta należała do ryb.
tak, to jest metoda
Rozsiadłem się na swoim zbyt małym krzesełku, wyciągnąłem kanapki, termos ze zbyt mocną kawą i zastanawiałem się co ja tu robię. Przyjechałem jako osobisty asystent mojego taty, żeby pomóc mu, kiedy będzie to potrzebne, ale nic się nie działo. Ktoś od czasu do czasu zarzucał na nowo albo nęcił, atrakcją było kiedy ktoś miał branie i holował zdobycz. W naszej części stawu ryby chyba nie były głodne, bo nie było żadnego brania, tylko dwa razy ryba coś skubnęła, jakby chciała sobie z nas zażartować. Czas mijał, słońce schowało się za chmury. Minęła jedna godzina, potem druga. Facet na pierwszym stanowisku wyciągał już chyba piątą rybę. My nic, byłem bezrobotny, za to najedzony, przekawowany i miałem dużo czasu na rozmyślanie. Poza rozmową z tatą nie działo się zbyt wiele, czasem ktoś coś powiedział, ktoś inny miał branie, przelatywały ptaki i owady. Gdyby nie to, że poziom kofeiny w moim organizmie był zdecydowanie powyżej średniej, to pewnie bym przysnął.
Nagle raz drgnęła szczytówka, dosyć nieśmiało, potem drugi raz. Czy to kolejne rybie żarty? Tata chwycił wędkę i czekał. Wiedział, że to jeszcze nie branie, trzeba wyczekać moment, żeby nie sprzątnąć rybie haczyka sprzed nosa. Po chwili nie było już wątpliwości, że bierze, tata zaciął i zaczęła się walka. Wędka się wygięła, żyłka naprężyła -- holujemy. Odłożyłem termos, zerwałem się z krzesła, wziąłem do ręki podbierak i czekałem na rozkazy. Wtedy go zobaczyłem, żółty brzuch nie pozostawiał cienia wątpliwości, to był lin. Tata mi go tak doholował, że w zasadzie musiałem tylko podłożyć podbierak i ryba sama do niego wpłynęła. 1:0, to jeszcze nie zwycięstwo, ale honoru nie stracimy.
Karp
Wtedy wszystko jakby przyspieszyło, po wyciągnięciu ryby i wrzuceniu jej do siatki, która na tę okoliczność czekała już ze cztery godziny, tata zarzucił ponownie. Nie czekaliśmy długo na kolejne branie. Ryby albo zgłodniały, albo przeniosły się ze stanowiska numer jeden. Tym razem to był karp, który dzielnie stawiał opór licząc na to, że ucieknie nam w ostatnim momencie, ale na jego nieszczęście, operowanie podbierakiem wychodziło mi coraz lepiej. Jakiś kwadrans później złowiliśmy jeszcze jednego lina. Niedługo później rozległa się syrena obwieszczająca koniec zawodów. W sumie złowiliśmy trzy ryby o wadze 2.84 kg, które po ważeniu wróciły do wody.
Dało nam to 7 miejsce w grupie i 17 open. Były nagrody, puchary, pamiątkowe medale, kiełbasa z grilla, napoje i trochę wrażeń na gorąco po zawodach.
Cholera, może też kupię sobie wędkę?
Ścieżki
Przez te wszystkie budowy kiedyś mi zamkną ścieżki na skróty.
Ta mała kropka na środku zdjęcia to motolotnia.
Kawa w terenie z Welą
Kawa najlepiej smakuje w plenerze.
Nowa (przynajmniej dla mnie) velo w Katogotowanie
Przed wschodem słońca
Obudziłem się grubo przed piątą, może nawet bliżej czwartej. Za oknem było ciemno, w środku też. W oddali szczekał pies. Leniwie, jakby z nudów. Mino otwartego okna jego szczek był ledwo słyszalny. Zastanawiałem się co robić, spanie na siłę nigdy nie działa. Leżałem i biłem się z myślami czy iść na spacer. Wschód słońca o 6:08, ten oficjalny, bo cywilny o 5:35. O piątej zadzwonił budzik Wioli, sen nie wracał. Poleżałem tak jeszcze 20 minut i zacząłem nierówną walkę z grawitacją, która o tej porze wydaje się silniejsza niż zwykle.
Wziąłem do ręki telefon, sprawdziłem temperaturę: 9°C. Czyli krótkie spodenki i bluza.
Powietrze było rześkie, kolory pastelowe, niebo jaśniało na różowo a Słońce miało jeszcze 20 minut do wschodu.
Pachniało jesienią.
miękie światło poranka
że niby lunatykuję?
Rudy Las, chociaż w sumie to jeszcze zielony
Pedałowaliśmy niespiesznie, w końcu wyjazd we dwójkę bez dzieci jest rarytasem, którym trzeba się delektować, bez wyjątków. Rozmawialiśmy o naszych rowerach, którymi zrobiliśmy już sami-nie-wiemy-ile kilometrów, ale liczby są na pewno czterocyfrowe. A same rowery to porządne czeskie maszyny, którym do tej pory wystarczało przedsezonowe smarowanie. Zgodziliśmy się, że przy takim przebiegu, do wymiany prócz klocków i oleju w amortyzatorach pójdzie pewnie co najmniej łańcuch a może i kaseta.
Rozmowę przerwał rytmiczny, gumowy pisk z okolic pedałów. W pierwszym momencie pomyślałem, że rower sam włączył się do rozmowy i chce mi powiedzieć, że zgadza się z moją diagnozą.
— Rower ci piszczy — zauważyła.
Pisk wracał dokładnie w tempie mojego pedałowania, więc to nie mógł być rower. Krótkie spojrzenie w dół przyniosło ulgę: to tylko but ocierał się o korbę.
Niebieski agang nad RudąBatony Crush weszły jak gorący nóż w masło!
"nagroda" po trasiea tu byliśmy zjeść
Niby wolne
Które wziąłem, żeby poogarniać trochę rzeczy. I tak sobie ogarniałem do 20:30. Prawie nie zrobiłem zdjęć, bo dalej się nie nauczyłem fotografować tego co robię, więc dziś będzie tylko kilka obrazków. Z badania krwi, przelotu przez Kato i zachodu słońca.
Żarty się skończyły
Wskoczyła rutyna, wcześniejsze wstawanie, ogarnianie. Ale przynajmniej udało mi się rano iść na spacer i kupić buły na śniadanie. Pogoda idealna, jesień czuć w powietrzu. Szkoda tylko, że o 20 jest już ciemno.